Szanowni Podlodowcy,
ale zasypało Mazury:) część dróg z powodu wiatru jest nieprzejezdna – chodzi o dojazd do jezior:( Miejmy nadzieję, że do weekendu się unormuje sytuacja – śnieg nie jest tak groźny jak wiatr – takie zaspy są tworzone przez kilka godzin, że często przejechać nie można. ja dziś już pokonywałem metrowe zaspy:)

Ale przecież nie będę pisał o śniegu:) – opowiem Wam co mi się przytrafiło na ostatnim łowieniu na Tyrkle. Jak zwykle na lodzie byłem wcześnie no w sumie jako pierwszy. Łowisko leszczowe – 15 metrowy dołek. Łowię na mormyszkę wolframową svarovski z cyrkonią. Około 10 metrów w prawo za mną usiadło dwóch podlodowców. Po około godzince miałem 9 niedużych leszczyków (nazywam je podleszczaki). Nagle u sąsiada wziął – hol – coś dużego…cholera zerwał się – słyszę. Po kilkunastu sekundach na moim kiwaku dwa gwałtowne puknięcia. Zacięcie….Wędka w pałąk – jakbym wiadro ciągnął… Podciągam-skręcam…podciągam-skręca…i tak wielokrotnie przez kilka dłuższych chwil. Inni podlodowcy zobaczyli co się dzieje i przyszli popatrzeć/pomóc…I nagle…wędka wyprostowała się…poszedł. 

Ech jak się okazało zabrakło około 1,5 metra i byłby mój:) Ale ciągnę i patrzę co to – na mormyszce za przypon zaczepiony zestaw – hak, ciężarki i około 10 metrów żyłki – to zestaw sąsiada, któremu zerwał się przed chwilą leszcz! 

Pewnie było to tak – zerwał się u sąsiada i na oślep uciekał z zestawem – ja miałem swój zestaw w wodzie ok. 10 metrów dalej i przez przypadek przyponem zaczepił o moja małą mormyszkę – i ja go próbowałem wyciągnąć:) Niedużo brakowało a bym złowił leszcza sąsiada na swój zestaw:)

Taka historia zdarza się chyba raz w życiu – ale wspomnienia zostają na długo, a może nawet na całe życie:)